Wróciliśmy do domu, położyliśmy klucze na blacie w kuchni, dwie siaty z zakupami na stole. Z przyzwyczajenia nie na brzegu, żeby dziecko nie sięgnęło ani do zakupów, ani do kluczy. Zdjęliśmy buty i włożyliśmy od razu do szafy. A wróciliśmy jak zwykle, tuż przed osiemnastą. Moglibyśmy później, ale ponownie - to przyzwyczajenie - ono czyni z nas mistrzów dokładności. Więc robiliśmy wszystko po staremu, z tą tylko różnicą, że obiad był gotowy już po dziewiętnastej, w dodatku dwudaniowy - niemożliwe stało się możliwym kiedy szesnastomiesięczny człowiek nie biegał pod nogami, nie wyciągał garów z szafek i nie zaglądał do piekarnika. Pralka prała, zmywarka też i okazało się, że wprawienie ich w ruch nie było takie skomplikowane kiedy szesnastomiesięczny człowiek nie wyrzucał z pralki ubrań tuż przed jej uruchomieniem i nie włączał przycisku, który pralkę resetuje, i nie podbiegał też za każdym razem kiedy wkłada się ostatni brudny talerz do zmywarki.
Usiedliśmy. O matko, dopiero wpół do ósmej! Włączyliśmy film. Głośno. Przecież to niemożliwe, ale jednak. Nikt przecież nie spał w pokoju obok. Godzina dwudziesta druga. Drugi film. Kolacja zjedzona powoli i cała. Nieprzerwany sen. Rano ciepła kawa. Praca. Bez myślenia w pracy o tym, co kupić na kolację. Z mężem to sobie pizzę zamówimy. Kulturowa wygoda. Bez dziecka. Mówili on odwyknie, ty odpoczniesz, same plusy.
Po dwóch dniach przyszło mi do głowy, że wariuję, ale też dowiedziałam się więcej o sobie. Wiecie, ta nawykowalna (żeby nie powiedzieć paranoidalna) natura rodzica: znam na pamięć co powinnam kupić, w którym miejscu domu położyć, żeby bubu nie było i innych wybuchów, w jakim natężeniu dźwięków oglądać film i kiedy nastawić pranie. Bez dziecka się gubię. Bez dziecka samo tylko istnienie możliwości, że coś mogę zrobić inaczej wystarczająco mnie wybija z rytmu. Tak, ta sama potencjalność, że mogę wszystko a to tylko czcza gadanina - bez dziecka to przecież takie wszystko, że nic. Więc każę ściszać TV, liczę kiedy się to pranie skończy i myślę, że za długo robimy te zakupy, bo przecież trzeba już wracać do domu.
Prozaiczne czynności niczym gumy do żucia – zajmują nas bezmyślnie, aż na koniec dadzą się wypluć i pozwalają szybko zapomnieć jaki miały smak. Tak zawsze myślałam. Dopóki dziecko mi nie zaczęło pojmować jeszcze bardziej rzeczy tego świata i teraz, kiedy jest na kilka dni u babci - widzę jak bardzo złożonym procesem było dostosowanie życia do tego małego człowieka. Wypracowanie najmniejszej energii przerobionej później na te wszystkie codzienne czynności.
Nie to, że jest pusto. Nam się we dwoje nigdy nie nudzi, bo jesteśmy przyjaciółmi, ale nie tylko. My jesteśmy z mężem małym gangiem. Ale jest tak dziwnie, że nie do opisania. Brak tej trzeciej energii rozleniwia strasznie, spowalnia myślenie, nawet budzik chce budzić jakby mniej chętnie. Gdybym nie miała dziecka, na pewno nic by mi się nie wydawało. Ale dziecko mam i wydaje mi się, że coś mocno jest nie tak jak go nie mam blisko.
Bez konkluzji w chwilowo bezdzietnym rozważaniu pozdrawiam Was ciepło i cóż, dziecko z Wami. Ja sobie poumieram z tęsknoty jeszcze ze dwa dni i potem świat się zrównoważy.
wtorek, 12 sierpnia 2014
piątek, 8 sierpnia 2014
Sprzedam sen! (gościnnie Mamaronia)
Urlop uczynił z nas wyspanych rodziców, z dziecka nie dającego się wcześniej zaszufladkować w żaden tam twardy sen uczynił dziecko umiarkowane. Definicja dziecka umiarkowanego według e-Mamuś: dziecko nie idzie spać po dobranocce, bo nie ma już dobranocek, a gdyby były, to i tak nie zasypiałoby po nich, bo przecież tak robią wszystkie dzieci, a wszystkie gryzie się z indywidualizmem. Dziecko umiarkowane idzie spać o godzinie dwudziestej drugiej, bo przez nagminne wchodzenie w sen o północy zostało okrzyknięte hardkorem, a ten pseudonim nie przypadł dziecku do gustu. Urlop się nie kończy. Ćpam sen. To jedyne zdrowe. Sprzedam sen*. Ten jedyny legalny środek uderzający. O ile dziesięciogodzinny tryb księżycowy utrzyma się w sezonie pourlopowym, jak nic stanę ze snem na Targach Rzeczy Fajnych i sprzedam na kilogramy. O matko, tyle to ja od porodu nie spałam! To wszystko chyba mi się śni. Pozdrawiam ze snukomisu. Marzenia naprawdę się senniają, jeśli tylko bardzo tego chcecie. Sen z Wami! I dziecko też. Pasteryzowałam dzisiaj sen. Ten słodki. Ten jak zając zamroziłam, głęboki to on nie jest, ale na czarną godzinę przyda się na pewno. Ususzyłam też trochę
*żeby sen w jakiś sposób zmaterializować, coby łatwiej było go podzielić, Mamaronia wymyśliła - specjalnie dla mnie! loff - cudowny Sennik tęczowy (nie od dziś wiadomo, że jej pomysły na potrawy są niebanalne). Poniżej przepis dla głodnych SNU od Mamaronia:
Produkty:
- 1 kg snu czystego, nieprzemielonego
- różne kolory rzeczywistości: różowe okulary, zielony spokój, niebieska nadzieja, czerwona namiętność. W zależność od upodobań i chęci ubarwienia sennika
- szklanka potu ekscytacyjnego
- piana z rzeczywistości
Sposób przyrządzenia:
Czysty sen należy przełożyć do głowy tak, aby można było przemielić go setki a nawet tysiące razy. Podczas mielenia, zabarwiać barwnikami w zależności od nastroju, spokoju, chęci czy innych stanów emocjonalnych (uwaga: stany emocjonalne wyostrzają smak i zapach, bez emocji nie podchodzić do procesów mielenia!). Kiedy sen wymiesza się z barwnikami dolać należy szklankę potu ekscytacyjnego, po to tylko żeby poczuć jak sennik żyje, jak oddycha, jak zmienia się za każdym kęsem. Wymieszaną całość podpiekać przez noc. W 50 stopniach, żeby zakalca nie było a radość i smak były niesamowite. Nad ranem, po upieczeniu na wierzch ułożyć ubitą pianę z rzeczywistości. Niech i ona ma swój udział w senniku tęczowym.
Smacznego!
*żeby sen w jakiś sposób zmaterializować, coby łatwiej było go podzielić, Mamaronia wymyśliła - specjalnie dla mnie! loff - cudowny Sennik tęczowy (nie od dziś wiadomo, że jej pomysły na potrawy są niebanalne). Poniżej przepis dla głodnych SNU od Mamaronia:
Produkty:
- 1 kg snu czystego, nieprzemielonego
- różne kolory rzeczywistości: różowe okulary, zielony spokój, niebieska nadzieja, czerwona namiętność. W zależność od upodobań i chęci ubarwienia sennika
- szklanka potu ekscytacyjnego
- piana z rzeczywistości
Sposób przyrządzenia:
Czysty sen należy przełożyć do głowy tak, aby można było przemielić go setki a nawet tysiące razy. Podczas mielenia, zabarwiać barwnikami w zależności od nastroju, spokoju, chęci czy innych stanów emocjonalnych (uwaga: stany emocjonalne wyostrzają smak i zapach, bez emocji nie podchodzić do procesów mielenia!). Kiedy sen wymiesza się z barwnikami dolać należy szklankę potu ekscytacyjnego, po to tylko żeby poczuć jak sennik żyje, jak oddycha, jak zmienia się za każdym kęsem. Wymieszaną całość podpiekać przez noc. W 50 stopniach, żeby zakalca nie było a radość i smak były niesamowite. Nad ranem, po upieczeniu na wierzch ułożyć ubitą pianę z rzeczywistości. Niech i ona ma swój udział w senniku tęczowym.
Smacznego!
środa, 2 lipca 2014
Dziecko na wagę
Nieszanowny Panie Prezesie renomowanej Firmy Od Boleści Pracowników,
urodziłam prawie cztery kilo żywej wagi (pozory mylą, bo w gruncie rzeczy była to najmniejsza fasoleczka świata, bezbronna, słodka i nasza). Skulone, trzęsące się z zimna po wyjściu z brzucha i wystraszone dziecko – zdane tylko na matkę i ojca. Proszę nie wchodzić nam w kompetencje, niedrogi Panie Prezesie – nasze dziecko nie jest zdane na łaskę Pana ani niczyją inną. Jemu wystarczy kilka powszednich rzeczy do funkcjonowania, a przede wszystkim moje i męża ogromne kochanie. Tego nic mu nie zastąpi, a Pan, Panie Prezesie zabiera nam to sukcesywnie każdego dnia. Przez Pana, Panie Prezesie, nasze życie zmieniło się w codzienność nie do zniesienia, w gadanie po pracy o pracy, która (też przez Pana) przestała być tego warta. I to przez Pana znienawidziłam mój kochany pełen etat, który był kiedyś moją pasją i przez Pana nie mogę spędzać z dzieckiem tyle czasu ile bym chciała. Przez Pana zastraszanie mnie, demotywowanie mnie i z góry założenie, że mając dziecko jestem pracownikiem gorszej kategorii. Dlatego zdecydowałam, że to jest najwyższy czas, żeby odejść i zająć się życiem, Panie Prezesie. I przestać żałować, że poświęciłam pół roku z życia mojego dziecka, pół roku milowego w jego rozwoju dla udowadniania Panu Prezesowi, że kobieta po ciąży ma więcej mózgu i siły niż niejeden facet.
urodziłam prawie cztery kilo żywej wagi (pozory mylą, bo w gruncie rzeczy była to najmniejsza fasoleczka świata, bezbronna, słodka i nasza). Skulone, trzęsące się z zimna po wyjściu z brzucha i wystraszone dziecko – zdane tylko na matkę i ojca. Proszę nie wchodzić nam w kompetencje, niedrogi Panie Prezesie – nasze dziecko nie jest zdane na łaskę Pana ani niczyją inną. Jemu wystarczy kilka powszednich rzeczy do funkcjonowania, a przede wszystkim moje i męża ogromne kochanie. Tego nic mu nie zastąpi, a Pan, Panie Prezesie zabiera nam to sukcesywnie każdego dnia. Przez Pana, Panie Prezesie, nasze życie zmieniło się w codzienność nie do zniesienia, w gadanie po pracy o pracy, która (też przez Pana) przestała być tego warta. I to przez Pana znienawidziłam mój kochany pełen etat, który był kiedyś moją pasją i przez Pana nie mogę spędzać z dzieckiem tyle czasu ile bym chciała. Przez Pana zastraszanie mnie, demotywowanie mnie i z góry założenie, że mając dziecko jestem pracownikiem gorszej kategorii. Dlatego zdecydowałam, że to jest najwyższy czas, żeby odejść i zająć się życiem, Panie Prezesie. I przestać żałować, że poświęciłam pół roku z życia mojego dziecka, pół roku milowego w jego rozwoju dla udowadniania Panu Prezesowi, że kobieta po ciąży ma więcej mózgu i siły niż niejeden facet.
Ot, historia jakich wiele. Kobieta odmieniła się przez wpadkę, zobaczyła dwie kreski na teście, zawiadomiła pracodawcę, pełny etat wykonywała wydajnie do ósmego miesiąca ciąży, odbyła poród (cóż, robiła przyjemniejsze rzeczy, ale według niej nic na świecie nie było lepsze w skutkach). Po porodzie wpadła w ramiona ZUS-u, bo jej umowa o pracę wygasła wraz z przecięciem pępowiny. Rozpoznanie ciąży nastąpiło w niewygodnym dla przyszłej matki okresie, czyli na umowie na tak zwany bardzo ściśle określony czas, dlatego zażaleń wnosić się nie dało, Prezes nasz Pan, Pan Prezes się zna. Umowa do dnia porodu. Firma to Twoja matka, matko! Tylko w głowie mnożyło się pytanie co dalej? co dalej? co dalej?
Kompetencje przyszłej mamy są olbrzymie, jej chęci, zapały, każde działanie naznaczone pasją – zatem bez dwóch zdań: chcemy Panią! Chcemy Panią tuż po podstawowym urlopie zwanym macierzyńskim, po tym sześciomiesięcznym, byle nie dłuższym! Chcemy Panią od razu!
I chcieli. Bo się mama trochę prosiła. Bo koleżanka z działu odeszła, ta ważniejsza szczeblem, więc i stanowisko zwalniało się bardziej wymagające, a mama lubiła wyzwania. A gdyby tak koleżanka nie odeszła? Może by już wtedy tak bardzo mamy nie chcieli. Niezależnie od tego, co Pan Prezes miał na myśli, mama wróciła do pracy z dziwnym przeświadczeniem, że musi udowodnić więcej, że musi pokazać się od jeszcze lepszej strony, że będzie bardziej wydajna, żeby Pan Prezes nie żałował swojej decyzji, że musi pokazać, że matka potrafi zarządzać nie tylko okołoniemowlęctwem.
Minął termin składania w ZUS-ie wniosku o przedłużenie urlopu mało wypoczynkowego, zwanego rodzicielskim. Stres opadł, bo przecież mama wraca do pracy, bo chcieli ją, nieważne czy naprawdę czy tylko udawali, ale chcieli! I kiedy droga na rodzicielski była już zamknięta, mamie przedstawiono nową umowa o pracę z nowymi warunkami, które wcale nie były lepsze i nawet nie były takie same jak przed ciążą, i nawet w małym procencie nie przypominały obiecywanych kwot. Jak to? Mama żąda spotkania, żąda wyjaśnień.
Powinna się Pani cieszyć, że ma Pani pracę.
Standardy Panie Prezesie zna Pan na pamięć. Łącznie z wypłatą pod stół i przeświadczeniem o mniejszej wydajności matek.
W tym momencie mama zaczęła współczuć każdej kobiecie obcującej z Prezesami mieszczącymi się w tych kategoriach skurwysyństwa. Mama pozostała bez wyjścia, z obietnicą, że po kwartale ocenione zostaną jej wyniki pracy, które będą mogły wpłynąć na ewentualne negocjacje wynagrodzenia. Więc mama się przez kwartał czerpała psychicznie i fizycznie, obmyślając z dzieckiem na rękach strategie działań w firmie, które wdrażała po nieprzespanych nocach. I wniosła o kolejne spotkanie.
Podwyżka? Za Pani wyniki mogę Pani co najwyżej zrobić pyszną kawę, podwyżki jednak nie będzie, bo cóż, ma Pani mniejszą prowizję, ale ma Pani pracę. Nie każda kobieta w Pani sytuacji ma to szczęście (no naprawdę, Panie Prezesie dziecko to jest TAKA SYTUACJA, że Panu się w głowie nie mieści). Panie Prezesie, chyba się nie zrozumieliśmy, ja nie proszę o podwyżkę, a jedynie o zrównanie moich zarobków z czasu kiedy jeszcze nie wydałam na świat nowego życia (pominę w tej części historii opis walki przekleństw w głowie mamy).
W tym momencie matka dokonała szybkiego montażu kadrów w głowie i kalkulacji: dziecko w domu z niańką, w pracy projekt za projektem, brak snu, jedzenie w pośpiechu, perfekcjonizm, norma ponad normę. Po zrobieniu dwóch przelewów jej konta bankowego nie stać było nawet na obsikanego pampersa. Mama uprawiała więc sztukę dla sztuki, frustrując się z dnia na dzień coraz bardziej, ale Pan Prezes wiedział najlepiej, że skoro mama ma pracę, powinna siedzieć cicho, brać marną kasę w kopercie spod stołu, robić swoje i zapomnieć, że wróciła tylko dlatego, że lubi tę robotę i że wynagrodzenie, które miała wcześniej było satysfakcjonujące i wystarczające, żeby zdecydować się na ten niełatwy krok, jakim było zostawienie dziecka w domu. Co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Koniec i Kropka.
Nieszanowny Panie Prezesie renomowanej Firmy Od Boleści Pracowników,
z pewnych źródeł wiem, że Pańska córka za niedługo z powodzeniem wejdzie na rynek pracy. Nie życzę jej takiego szefa jakim Pan jest dla kobiet. Jeżeli planuje Pan posiadanie wnuków, a chyba nie może być inaczej, bo oficjalnie jest Pan niesłychanie prorodzinnym człowiekiem, umieram z ciekawości z jakimi komentarzami spotka się przyszła ciąża Pańskiej córeczki, oczka w głowie taty.
Z niepoważaniem,
Oszukana Mama
(która żałuje, że nie podarła tamtej śmiesznej umowy i nie wróciła do dziecka, które waży więcej niż stanowisko pracy)
W jednym momencie matka znalazła równowagę.
Wagę dziecka równą szczytom w Maslowowej piramidzie codzienności.
Z niepoważaniem,
Oszukana Mama
(która żałuje, że nie podarła tamtej śmiesznej umowy i nie wróciła do dziecka, które waży więcej niż stanowisko pracy)
W jednym momencie matka znalazła równowagę.
Wagę dziecka równą szczytom w Maslowowej piramidzie codzienności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)