Nie dzielę się niedzielą. Nigdy. Z nikim. Najlepszemu wrogowi nie życzyłabym niedzieli po mojemu, dlatego chowam ją dla siebie, męża i dziecka, a raczej to oni chowają mnie przed nią. Bo zabijałabym. Tłukłabym jak niedzielne schabowe. Dziękuję magii dnia za poruszenie myśli, na koniec tygodnia, przy obiedzie (statusem o odgłosie tłuczonych schabowych). Te wysmażania niedzielne i parujące rosoły wywołują we mnie wspomnienie jednego z moich ulubionych cytatów, że kiedy będziemy mieli dom, przez rok nie będziemy wpuszczali nikogo. Wywiesimy kartkę na drzwiach: "Nie ma nikogo. Wyjechaliśmy na rok." - niedzielami mam ochotę oklejać drzwi tym Hłaski tekstem. Powinnam najlepiej uruchomić produkcję taśm na drzwi z nadrukiem tych słów. Nie będziemy wpuszczali nikogo. I tak też jest dzisiaj. Nie lubię niedziel. To są dni, kiedy nie można się z niczym rozpędzić, ledwo się coś zacznie, skończy w poniedziałku. Ale wyjątkowo tą niedzielą dzielę się z Wami, może dlatego, że jest trochę inna. Bo jutro też mamy jakby niedzielę. A to jest jakby podwójne nieszczęście w szczęściu. W tę niedzielę rosołu nie było, ale był deszcz. Mój syn przespał całą noc od niepamiętnych czasów, kiedy to wydawało mi się, że złapałam Pana Długisen za nogi, po czym okazało się, że wcale nieprawda. Mimo przespanej nocy jesteśmy zblazowani i odbijamy się od ścian (nie możemy się nadziwić raczkowaniem). Idę pochłonąć filmy, zanim własny mi się urwie. Wybaczcie żółwi przystankowy styl. Ja naprawdę nie lubię niedziel. Same od siebie nie wychodzą nigdy z inicjatywą aktywności, lenie niedzielne najbierniejsze. Dlatego pozdrawiam Was zza zamkniętych drzwi. Tu nie ma nikogo. Wyjechaliśmy na rok.
*treści zawarte w poście (szczególnie tytuł i cytat z Hłaski) nie są sponsorowane a dedykowane. Mojemu mężowi, który dzielnie trwa ze mną każdej niedzieli, tak samo jej nie cierpiąc
niedziela, 5 stycznia 2014
sobota, 4 stycznia 2014
Chciałam mieć tatuaż, ale robię bloga
Urodziliście coś w święta? Urośliście w coś więcej niż
od-jedzenio-łogi? Nie będzie odkryciem, jeżeli napiszę, że święta męczą, nie? Naprawdę, poród mnie tak nie zmęczył, jak te święta. Miałam na ten temat fajną historię, tragi-komedię nawet. Napisałam ją na moim urządzeniu przenośnym, które jednak uznało, że nie warto zachowywać wersji roboczej. Widocznie urządzenie się zna, widocznie stan narzekania w owej historii przekraczał dopuszczalne normy, chociaż mam na to wysoką poprzeczkę. Tym samym, co było w głowie, zostało w starym roku. Pamiętam tylko jego końcówkę - pędziłam wtedy do mojego dziecka, które zostało na dwa dni z dziadkami. Podobno tęskniło. Podobno małe dzieci potrafią to wyrażać. Tak na mnie ta jego tęsknota psychicznie wskoczyła, że odkąd ją ugasiłam (dwudniową w tym prawie dziewięciomiesięcznym człowieku!), sama tęsknię za wszystkim, za czym tylko się da (a to do mnie w ogóle niepodobne). Za pisaniem chyba najbardziej. Wiecie? Jak mi to pieprzone urządzenie przenośne wysłało gdzieś w kosmos wersje robocze moich postów, to zatęskniłam za każdą literą i słowem tak bardzo, że do tej pory nie mogę siebie pozbierać. Bo tych słów i liter rzecz jasna w ten sam kształt już poskładać nie można. Zdecydowanie za mało piszę - oto wniosek z poprzedniego roku, bo podobno jakiś trzeba mieć. A poza tym urodziłam dziecko i siłą nie wiadomo skąd doprowadziłam je do stanu raczkowania i podnoszenia się, i śmiania się w głos na mój widok. Zgubiłam przez to setki razy swój wolny czas, ale w gruncie rzeczy na co mogłabym go poświęcić? Koło się zamyka. Dziecko, dziecka, dziecku, z dzieckiem, o dziecku, dziecko! Nie od dziś odmienia się przez przypadki. Mój syn w dwa tygodnie dokonał tylu z pozoru niemożliwych rzeczy, a Ty mnie pytasz jaki był ten rok? Wszystko w nim było. Mieszanka wybuchowa, że nawet kolki wywołała i łzy. Dużo kolek i łez. Chciałam sobie w tym roku zrobić tatuaż, ale zrobiłam kilka zdań i E-Mamuś. Bez wychodzenia z domu. Z pięćset zeta w kieszeni, a raczej w pieluchach. Na wszystko podobno przychodzi dobry moment, chociaż zupełnie nieproszony, w zasadzie to on włazi z butami, bezczelny. Brak kultury miewa jednak swoje miłe odsłony. Bo doprawdy, w pytę był ten rok. A na pewno w dobry moment.
czwartek, 12 grudnia 2013
Niepoczytalny
Dobrze, że są na świecie urządzenia przenośne. Dzięki nim mogę zabrać ze sobą myśli do łóżka, mogę leżeć z nimi pod kołdrą. Mogę też nawet klikać bezmyślnie, na życzenie, albo zebrać myśli w słowa bezszelestnym dotykiem ekranu. Chociaż kiedy spotyka mnie, tak jak dziś przed czterema godzinami, złośliwość sytuacyjna, mam ochotę nawet moją ostatnią deską ratunku w składaniu myśli, czyli urządzeniem przenośnym, miłym w dotyku, pieprznąć o ścianę. Moje dziecko po odbyciu pierwszej w swoim życiu choroby zasnęło spokojnie, w końcu, po tygodniu (ostatecznie należy mu się, przecież wykaszlał dzisiaj kosmos). Ale za to ja zasnąć nie mogę, tak sama z siebie, tak z boku na bok. A kiedy przez ostatni tydzień powieki posłuszniej mi opadały, nie mogłam spać bo dziecko nie pozwoliło wielkim marudzeniem. Po raz pierwszy od swojego debiutu na świecie mój syn był naprawdę bardzo niezadowolony z życia. Jak się domyślam, doskonale znacie te standardy życia w rodzinie. Zapomniałam wynieść z okresu niemowlęcego mojej progenitury ten, jak się okazuje, ponadczasowy wniosek: kiedy Twoje dziecko zasypia, zatrzymaj aktywność wszystkiego: pralki, zmywarki, wanny, mopa, książki, muzyki, telefonu (chyba, że w łóżku), męża aktywność, swoją ponad wszystko - kurwa, mamuś, śpij (skoro dziecko śpi). Nigdy nie wiesz o której godzinie obudzi go zły sen, chęć zabawy, płacz, a w najlepszym wypadku nieodparta pokusa pouśmiechania się do Ciebie. 99,9 % przypadków potwierdza, że przerwanie snu dziecka jest bliskie momentowi Twojego położenia się do łóżka. Wielu rzeczy nauczyłam się przez osiem miesięcy, ale jak opanować insomnię? Nie wiem. Co to ja jestem insomną, żeby wiedzieć? Maszyno mojego ciała funkcjonuj obracaj się żyj!! - jak pisał poeta. A dziękuję, żyję. Uprawiam od rana tak zwany zombie walking po mieszkaniu, węszę kawę i dygam. Zostaję dwa dni w domu, nie idę do pracy. Pora przypomnieć sobie rytm dnia z okresu urlopu wypoczynkowego zwanego macierzyńskim. Nie wiem, jak się odnaleźć. Idę nastawić pranie, idę dziecku kaszkę, obiad o ludzkiej porze, jakiejś piętnastej... Pozdrawiam z matrixu, E-Mamuś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)